• Wpisów: 321
  • Średnio co: 5 dni
  • Ostatni wpis: 3 lata temu, 11:16
  • Licznik odwiedzin: 62 172 / 1706 dni
 
percy
 
Cześć ;3
Jakoś tak mnie zainspirowało zadanie w ostatnim etapie konkursu, że musiałam napisać swoją własną opowieść.
Nie chciałam pisać w kółko o Leo (no bo ileż można) ani też o Percy 'm.
Ale napisałam tą opowieść o Nicu.
Mam nadzieje że wam się spodoba, zostawicie miły komentarz, lub też dacie wskazówki dotyczące stylistyki itp.

~~~

Nie podobało mi się życie w Nowym Jorku. Co prawda byłam tutaj dopiero tydzień, ale już znienawidziłam to miasto. Strasznie tęskniłam za moim starym domem. Domem mieszczącym się w Kolorado. Ahh... piękne górzyste Kolorado. Tak za tobą tęsknie.
Wszystko przez mojego kretyńskiego brata. Podjął studia właśnie tutaj w tym śmierdzącym mieście. Zapytacie dlaczego muszę trzymać się rodzeństwa ? Ponieważ tylko to mi zostało. Tata i mama umarli dwa lata temu, a ja razem z bratem zostaliśmy wsparci przez jedną z organizacji charytatywnych.
Kiedy tylko nadarzyła się okazja Simon wsiadł w samolot i odleciał studiować właśnie tutaj. Przy okazji uprzykrzył mi życie.
- Uważaj - warknęła jakaś kobieta kiedy przypadkowo wpadłam na jej dziecko.
- Bardzo panią przepraszam - rzuciłam i pobiegłam w kierunku przejścia dla pieszych, gdzie zielone światło migało ponaglająco. Razem z Simonem mieszkaliśmy na tyłach małej księgarni mieszczącej się niedaleko Long Island. Szybkim krokiem przeszłam przez pasy, potem lawirowałam wokoło idących chodnikiem ludzi. Na ulicy roiło się od wielkich bilbordów i żółtych taksówek które ze świstem w oponach zatrzymywały się na wezwanie. Wkroczyłam na przystanek który zdawał się dziwnie opustoszały.
- Pięknie. Spóźniłam się na autobus. - kopnęłam puszkę po coli. Skrzyżowałam ręce na piersi i ze zmarszczonymi brwiami spojrzałam na rozkład.
- Dopiero za dwadzieścia minut ?! - wykrzyknęłam. Wsadziłam ręce do kieszeni bluzy i nie czekając na zbawczy środek transportu ruszyłam piechotą. Skręciłam w boczną uliczkę. Nie mogłam dłużej znieść tego zgiełku który panował na ulicach. Miałam gdzieś że ta droga którą wybrałam mogła okazać się dłuższa. W tedy uderzyło we mnie coś ciemnego.
- Jak idziesz ? - skarciłam czarnowłosego chłopaka podnosząc się z ziemi. On nie odpowiadając, odbiegł pozostawiając mnie samą.
- Uprzejmość stu procentowa. - otrzepałam jeansy. Nagle spostrzegłam że coś lśni niedaleko mnie. Z ciekawością przysunęłam się do tajemniczego przedmiotu. Ukucnęłam.
- Rany boskie. To przecież jest miecz. - podniosłam z ziemi wielki czarny oręż. Zdawał się lśnić przy każdym poruszeniu, mrocznym i tajemniczym blaskiem. Jak coś takiego mogło tu trafić ? Może to plastik ? Ale nie. Miecz był chłodny i ciężki. Nie mógł zostać zrobiony z plastiku. Ciekawe do kogo należał ?
- Oddawaj ! - krzyknął za moimi plecami ten sam chłopak z którym się zderzyłam. Teraz lepiej mogłam mu się przyjrzeć. Ubrany był w czarną bluzkę, kurtkę dziwnie wyglądającą jakby należała do jakiegoś pilota oraz czarne jak smoła spodnie. W jego ciemnych oczach panowała złość.
- Chyba wyraziłem się jasno ! - wrzasnął ponownie. Zacisnęłam mocniej dłoń na rękojeści miecza.
- Nie ! - odkrzyknęłam i cofnęłam się. Co ja wyprawiam ? Przecież nie znam szermierki, ani nie jestem bohaterem z komiksu który zawsze kończy szczęśliwie.
- Oddaj to po dobroci śmiertelniczko.
- Spadaj koleś. - zamachnęłam się mieczem który przeleciał obok chłopaka nie czyniąc mu krzywdy. On wybuchł śmiechem.
- To nie jest różdżka. Oddaj to bo jeszcze zrobisz sobie krzywdę. - przemówił. Niepewnie rzuciłam broń pod jego nogi, i szybko sięgnęłam po najbliższy przedmiot. Niestety była to blaszana pokrywa od śmietnika.
- Nie rób mi nic. - wymachiwałam swoją tarczą. On schował miecz w pochwie, która znajdowała się przy pasie i podrapał się po głowie.
- Dziwię się że tracę na ciebie czas - rzucił.- Mogłem cię przecież wysłać gdziekolwiek cieniem i nie ma problemu. - oparł się o ścianę budynku. Nie wytrzymałam i rzuciłam w chłopaka blaszaną pokrywą. Ona pofrunęła jak fresbee uderzając w głowę nieznajomego. Osunął się na ziemie nieprzytomny.
- O matko, co ja najlepszego narobiłam ! - wrzasnęłam podbiegając do nieruszającej się osoby. Na jego czole widniał czerwony ślad po uderzeniu, który wyróżniał się na tle oliwkowej cery.
- No obudź się, obudź ! - prosiłam. Żadnej odpowiedzi. Przeniosłam - a raczej pociągnęłam - chłopaka do ściany. Oparłam go plecami o budynek i próbowałam jakoś naprawić swój błąd. Zauważyłam że w kieszeni kurtki wystaje jakaś dziwna rzecz. Ostrożnie wsunęłam rękę po malutką paczuszkę. Na jej wierzchu napisane było : ,,Tak na wszelki wypadek. Hazel,,. Nie wiedziałam co to może oznaczać. Nieznajomy otworzył w tej chwili oczy i zakasłał. Wyrwał mi z rąk zawiniątko, rozpakował szybko i wsunął coś do buzi. Odetchnął z ulgą.
- Jezu tak cię przepraszam ! Ja, ja nie wiedziałam co zrobić. Boże boli cię coś ? Słyszysz mnie ?
- Słysze aż za dobrze.
- Jak ci na imię ?
- Nico di Angelo. - podniósł się na nogi. Chwilę stał lecz potem stracił równowagę i upadł. Nie wiem czy na szczęście czy na nieszczęście upadł na mnie. Pomogłam mu wstać i podtrzymując go poszliśmy uliczką mijając co jakiś czas zaniedbane kosze na śmieci.
- Gdzie mieszkasz ? Zaprowadzę cię tam - obiecałam. On milczał przez dłuższy czas.
- Hej ? Ziemia do Nica ?
- Mieszkam na Long Island.
- To tak jak ja ! Możemy razem tam iść. - uśmiechnęłam się.
- Niezupełnie. Em... jak ty w ogóle się nazywasz ?
- Susan.
- Susan, ty nie możesz mnie zaprowadzić do mojego domu. Ponieważ ja jestem półbogiem.
- Półbogiem ? - spytałam odsuwając się od niego. On jednak stęknął cicho. Zarumieniłam się ze wstydu i na nowo pozwoliłam mu się opierać o mnie.
- Pół człowiek pół bóg.
- Odstaw to co bierzesz z tych dziwnych paczek.
- Susan mitologia istnieje. Herosi, bogowie, potwory. To jest na świecie lecz wy tego nie widzicie. Śmiertelnicy nie umieją patrzeć przez Mgłę. No chyba że nieliczne wyjątki.
- Wiesz skończmy tą rozmowę dobrze ? Zaczynasz mnie irytować. - odparłam odwracając głowę od Nica. Resztę drogi przebyliśmy w ciszy. Kiedy już stanęliśmy na wzgórzu które wskazał Nico zobaczyłam piękną zatoczkę. Niebieska woda stykała się z piaskiem a on z kolei w zieloną, pięknie pachnącą trawą. Dlaczego wcześniej tego nie widziałam ? Chcą podejść bliżej jakaś niewidzialna siła odepchnęła mnie do tyłu. Powtórzyłam tą czynność jeszcze kilka razy.
- Nie mogę iść dalej... co to ma znaczyć ?
- Jesteśmy właśnie na granicach Obozu Herosów. Śmiertelnicy nie mogą tutaj wchodzić.
- Oh... - urwałam nie wiedząc do powiedzieć.
- Dziękuje ci Susan. - wyciągnął do mnie rękę którą uściskałam z serdecznością. On chwiejąc się bez problemowo przeszedł dziwną, odpychającą barierę i pomachał na pożegnanie. Jeszcze przez chwilę stałam na wzgórzu próbując dostrzec ten obóz. W pewnym momencie jakby migocząc pokazały się domki nad zatoką, oraz z tuzin osób koło nich. Przetarłam oczy i zbiegłam ze wzgórza. Idąc do domu zrozumiałam że to nie byli zwyczajni ludzie.
To byli herosi.
Miałam nadzieje że znów spotkam tego tajemniczego i dziwnego chłopaka o imieniu Nico di Angelo.
~~~
Długie opowiadanie, wiem ale naszła mnie ochota na napisanie właśnie czegoś takiego.
Zmyśliłam te całe Kolorado (wiecie przecież xD) i wyjazd do Nowego Jorku (to też wiecie).
Mam nadzieje że się spodobała opowieść ;)

2998261931fe5966f197558687856002.jpg

/Córka Zeusa

Nie możesz dodać komentarza.

  Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego